Jedzenie Z życia wzięte

Rzym – WIECZNE MIASTO

Decyzja o wyjeździe do Rzymu zapadła dość spontanicznie.

Jacek regularnie śledzi okazje lotnicze i w tym przypadku nie było inaczej. Dostał informację z portalu WakcyjniPiraci za pośrednictwem aplikacji WhatsApp o wyjątkowo niskich cenach biletów. Nie konsultując nawet tego specjalnie z Iloną, po krótkiej kontroli terminarza kupiliśmy bilety dla naszej piątki. Koniec marca – oczami wyobraźni widziałam już spacery w pełnym słońcu po starych ulicach Rzymu… I wiecie co? Nie myliłam się! Ale zacznijmy od początku – czyli tu w Polsce.

Jacek z godną siebie zapobiegliwością zapędził nas do auta o nieludzko wczesnej godzinie co zaowocowało przedwczesnym dotarciem na lotnisko Modlin.

Ale nic to. Ignaś spał całą drogę, a czas na lotnisku spędził na czarowaniu swoim bezzębnym uśmiechem całego otoczenia. Gdyby ktoś był ciekaw lotu i całej gamy informacji o podróży z niemowlakiem – zapraszamy tu!

Niecałe dwie godziny po opuszczeniu Modlina zaczynamy kołowanie nad Rzymem. To właśnie z okna samolotu, przy pomocy instrukcji Jacka, Ilona zobaczyła Koloseum i Ołtarz Ojczyzny. Tak… Jestem ofiarą i ja nic nie dostrzegłam. Wysiadamy i pierwsza przyjemna niespodzianka – temperatura w okolicach 16 stopni. Cóż za miła odmiana dla -2 panujących w chwili wylotu z Polski 🙂 Odbieramy wózek, bagaże i w drogę. Sposobów dostania się do miasta z lotniska Ciampino jest kilka. Jest autobus, pociąg i taksówki. My ze względu na sporą ilość bagaży, wózek i Juniora, wybieramy taxi. Niestety gabaryty fury Ignasia powodują, że chwile nam zajmuje znalezienie odpowiedniego auta. Miła pani, która godzi się nas zawieść pod wskazany adres, okazuje się nie do końca uczciwa, bo żąda od nas 55 euro, gdzie stała taryfa za kursy z i na lotnisko to 30 euro. Koniec końców, nie chcąc się awanturować z dzieckiem na rękach i toną bagaży dostaje 50 euro. Trudno. Ważne, że jesteśmy u celu.

Nasz nocleg to mieszkanie znalezione przez portal Airbnb.

Na miejscu czeka na nas gospodarz, przekazuje nam klucze i oprowadza po mieszkaniu. ‘Oprowadza’ to określenie użyte na wyrost, bo nasze lokum to w gruncie rzeczy jedno pomieszczenie z antresolą, kuchnią w szafie i kanciapą, która ma być łazienką. Natomiast sam budynek, w którym się owa norka znajduje jest piękny. Patio, na które się z niej codziennie wynurzamy to duch Rzymu. Od razu człowiek czuje piętno jakie czas odcisnął na każdej z otaczających nas ścian. Krótka toaleta i wieczorem ruszamy na pierwsze spotkanie z miastem, które swoją legendą kusiło nas od dawna. Okazuje się, że Jacek nieprzypadkowo wybrał lokalizację – jesteśmy 3 minuty spacerem od jednej z głównych atrakcji Rzymu jakim jest Panteon i zaledwie kolejnych 5 od Fontanny Di Trevi. Ale ten wieczór to nie czas na zwiedzanie, chcemy jeść! Mnogość restauracji jest ogromna, a samo centrum turystyczne, które nas okala, słynie ze swoich kulinariów, ale też i zawyżonych cen. Nie chcąc męczyć Ignasia wybieramy jeden z pierwszych lokali, który przykuł naszą uwagę. Jak się okazało kilka minut później osoba zapraszająca nas do środka to Polka 🙂 A wybór restauracji… No cóż, chyba nie dało się lepiej!

Nie specjalnie odbiegając od standardów wszyscy, z wyjątkiem mnie, zamówili pizze… A ja żałowałam.

Żałowałam z każdym kęsem pasty, którą jadłam. I nie dlatego, że była niesmaczna – wręcz przeciwnie – ale pizza … To był obłęd. To jest moja jakaś cholerna przypadłość i maniera – zawsze zamawiam coś co wydaje mi się względnie zdrowe i inne niż to co chce reszta i zawsze, ZAWSZE żałuję! Przełknąwszy tę porażkę w wyborze jedzenia wróciliśmy do ‘norki’. Ta przywitała nas zapachem wilgoci i strzelającymi co chwila korkami. Nic to, chłopcy dali radę i przywrócili prąd. Rano poszli na zakupy do pobliskiego sklepu, a my, z drobnymi przerwami na interwencję naszych elektryków, zrobiłyśmy pyszną jajecznicę w akompaniamencie włoskiego pieczywa i takich samych wędlin. Mortadelo! Jak ja za tobą tęskniłam!!

Pora ruszyć na podbój wiecznego miasta!

Była niedziela, niedziela palmowa… I tak, nie pamiętaliśmy o tym. I jeszcze raz tak, poszliśmy na pierwszy ogień do Watykanu. Nie zagłębiając się dalej w kulisy naszej porażki turystycznej, odbiliśmy się od tłumu na placu Św. Piotra i poszliśmy udając, że taki był plan do ogrodu botanicznego, do którego nie weszliśmy, bo nie trafiliśmy… Za to widzieliśmy piękną panoramę Rzymu ze wzgórza nad ogrodem. Zawsze jakiś plus! Po drodze mijaliśmy wiele zabytków, które skrzętnie opisywał Jacek z pomocą wujka Google. I wtedy natknęliśmy się na Parrocchia Santa Maria in Vallicella. I nie było w tym nic dziwnego, gdyby nie samo zwiedzanie. Na wejściu przywitał nas młody człowiek oferujący za darmo przewodnik audio po kościele. Zapytał o język, wybrał odpowiednią dla narodowości ścieżkę na odtwarzaczu mp3 i każdy z nas powędrował by usiąść w ławkach kościoła jak poinstruował przewodnik w moich słuchawkach. Szkoda tylko, że na wstępie udało mi się coś nacisnąć na odtwarzaczu i zatrzymać narrację. Myślę w miarę logicznie – cofnę do początku! Tam usłyszę znajome „Dzień dobry!” i ruszymy dalej… Nacisnęłam coś znowu. W moich uszach rozlega się donośne „Bongiorno!”. Nosz jasna cholera! Przewijam dalej, patrzę – Ilona, Bartek i Jacek wstają i idą w nieznanym mi kierunku, sprzedając mi zdziwione spojrzenia, a ja dopiero trafiłam na ojczystą mowę w słuchawkach… Oni wychodzą z kaplicy przy ołtarzu, mój przewodnik mówi żebym do niej weszła. Nie przyznałam się do błędu! Idę razem z nimi, nie mając pojęcia na co patrzę. Oddając słuchawki obsłudze w najlepsze trwało moje audio zwiedzanie, a ja szarpałam za klamkę drzwi wyjściowych by opuścić to miejsce gdzie sama sobie postawiłam ołtarz wstydu 🙂

Ruszamy dalej! Kierunek dom. Prysznic i dalej w drogę!

Rzut beretem od naszej pieczary, jest jedna z głównych atrakcji Rzymu – fontanna Di Trevi. Ilość uzbrojonych służb mundurowych sugeruje, że jesteśmy we właściwym miejscu. Sama fontanna jest piękna, oświetlona i oblepiona setkami ludzi próbującymi za wszelką cenę zrobić sobie słodkie selfie. Tutaj przybywają na ratunek panowie o sino brązowej karnacji próbując za wszelką cenę zrobić zdjęcie swoim polaroidem… Jedna fotka 15€. Tanioszka. Niestety chwile później dobiegają nas coraz częstsze sygnały z Polski o tym, że w Rzymie podwyższono do najwyższego, stopień zagrożenia terrorystycznego. To w połączeniu z burczącym brzuchem, przyśpiesza ewakuację z głównych arterii miasta. Idziemy do restauracji… I tak, do jasnej cholery, wzięłam znów kluski. Ilona stek, a chłopcy tradycyjnie po pizzy. Oczywiście wyszli na tym najlepiej. Ilony mięso było smaczne, ale zbyt żylaste, a moje kluchy … Były kluskami i nic więcej. Pizza była genialna. Wow, co za nowość. Wracamy do jamki, upewnić się czy oby na pewno jest dalej wilgotno, śmierdząco i ciasno! Tak, nic się nie zmieniło. Chłopcy z godnym siebie, ekonomicznym podejściem raczyli się wieczorem typowo nie włoskim a hiszpańskim napojem – sangrią za całe 2,40€. Dwa i pół litra. Była smaczna, a czy zdrowa … Woleli nie sprawdzać składu. Już tradycyjnie, rano jajecznica – chociaż tym razem wzbogacona o boczek, a kanapki prócz kochanej mortadeli miały też kilka rodzajów lokalnego salami. Było obłędne! W delikatnym strachu przed potencjalnym zamachowcem ruszyliśmy dalej zwiedzać. W pierwszej kolejności udajemy się na plac wenecki by podziwiać Ołtarz Ojczyzny. Monstrualna budowla, w całości wykonana z marmuru. Jako, że Jacek był w Rzymie kilka razy a poszukiwania ekstremisty z ISIS dalej trwały, to on wraz z Ignasiem nie brali czynnie udziału w zwiedzaniu i trzymali się trochę na uboczu. Lepiej chuchać na zimne. Jacek aż przebierał nogami na myśl o kolejnej atrakcji, Forum Romanum. Takiego mam tego mojego faceta… Trochę nienormalny, ale trudno. Wchodzimy! Idziemy zobaczyć grób Juliusza Cezara, pierwszy senat, rostrę czy archiwum. Bezsprzecznie największe wrażenie zrobiła na nas bazylika Maksencjusza, a raczej to co z niej zostało. Przytłaczające swoim ogromem ruiny. Niestety, ale drogi Forum zrobione z dużych głazów nie sprzyjały jeździe wózkiem. I dlatego w trosce o komfort Juniora ewakuujemy się do Koloseum. Tutaj ważna wskazówka, zachowajcie naszą kolejność i zacznijcie od FR gdzie kupicie bilet łączony z Koloseum. Zaoszczędzicie jakieś 2 godziny stania w kolejce pod tym drugim korzystając z osobnego wejścia dla ludzi z biletami. Rundka po Koloseum, gdzie wszyscy z wyjątkiem Jacka uznajemy, że z zewnątrz robi to znacznie większe wrażenie. I idziemy znów jeść. Wycieczki ze mną i z Iloną niekiedy przypominają te z małymi dziećmi… Jak do toalety – to teraz, jak jeść – to natychmiast bo umieram, jak pić – to w tej sekundzie bo uschnę z odwodnienie. No i w szybko się nudzimy. Ja udaję przed Jackiem, że jest inaczej, a Ilona ma to w nosie. I tu nastąpiła kumulacja głodu i potrzeby toalety! I o losie, zaczął padać deszcz! W trybie ekspresowym znaleźliśmy restauracje. Wszyscy wzięli pizzę … Oprócz mnie. Dostałam tak tłuste spaghetti, że tona parmezanu nie pomogła. Oczywiście pizze były pyszne. Czemu?! Czemu ja to sobie cały czas robię?! Wróciliśmy do spelunki. Zaskoczeni odkrywamy, że wszyscy bez wyjątku jesteśmy smagnięci słońcem. Fajnie! Kolejny dzień, kolejna przygoda! Dziś ambicje Jacka by pokazać nam każdy kawałek starego kamienia w Rzymie trochę jakby ustały. Przyszedł czas na coś nowego i co jak każdy z nas później przyznał magicznego – pora trochę się zgubić w Rzymie. Ruszyliśmy bez planu, wałęsając się po brukowych uliczkach. Dotarliśmy na Campo de’Fiori, który to plac był miejscem handlu kwiatami, chociaż miał też i mniej chlubne funkcje jak choćby wykonywane tu egzekucje. To co? Pizza? A ja co? Pasta!! Obrzydliwa!! Yeah, jestem nienormalna. Oczywiście! Później znaleźliśmy cudowny skwer z fontanną pomiędzy starymi kamienicami, który jak oaza mienił się żywą, wiosenną zielenią. Z czystym sumieniem zostawiłyśmy tam Ignasia, Jacka i Bartka by kupić jakieś ciuchy! Lokalni krawcy są wyśmienici, a rzeczy wspaniałe! Zakupy okazały się owocne. Ruszyliśmy w stronę Ust Prawdy… Szkoda tylko, że obie byłyśmy w spódniczkach i nie mogłyśmy tam wejść. Rzuciliśmy okiem na świątynie Herkulesa i poszliśmy na najlepszą pizze w Rzymie! Tak przynajmniej twierdzą przewodniki i grono znajomych. Da Baffetto! Okazała się zamknięta… Młody człowiek wytłumaczył nam, że 500 metrów dalej jest Baffetto 2 ☺ Tak, była wyśmienita. I tak!! Zamówiłam pizze! Brawo ja, za piątym razem się nauczyłam ☺  Jacek umówił nas później na spotkanie ze znajomą znajomej, która to mieszka w Rzymie, jest z Nowego Jorku, jest weganką i pracuje w narodowej telewizji RAI jako dziennikarka. Brzmi interesująco! Umawiamy się pod Pantheon’em do którego przy okazji wchodzimy. Kolejna zapierająca dech w piersiach budowla. Wychodzimy i spotykamy Mariaceleste! Od pierwszej sekundy wiemy, że to nasz człowiek! Zabiera nas do baru, gdzie gra dj, a my degustujemy lokalne wina i piwa. Jest wybornie i nie możemy się wręcz nagadać. Po jakimś czasie przychodzi moment pożegnania, a my oczywiście zgłodnieliśmy. Nic prostszego niż zapytać Marieceleste ‘gdzie iść?’. Ta opowiada nam o żydowskim getcie i o wybornej restauracji na jego końcu o pięknej nazwie Giggetto. Nie myśląc wiele, idziemy tam! Od samego wejścia jest specyficznie. Ludzie patrzą na nas jak na zjawisko. Siadamy. Kelner przynosi nam karty i zagaduje skąd jesteśmy. Na wieść, że z Polski promienieje i mówi, że jego żona Ania jest z Polski! Robi się miło i sielsko. Dostajemy przystawkę w postaci pieczonego karczocha, który mimo, że delikatnie przypalony jest pyszny! Jacek poważnie zastanawia się nad zamówieniem jagnięcego mózgu. Po konsultacji z kelnerem, poszedł po rozum do głowy i zamówił jagnięcinę, ale zwykłe mięso. Ilona baraninę, ja jakiś makaron. To niestety nie było jadalne… Jacek po kilku kęsach dziękując opaczności, musiał wyjść z Ignasiem bo ten zaczął płakać w wózku. Farciarz. My tłumacząc, że jednak nie jesteśmy głodni i chcieliśmy tylko spróbować tradycyjnych dań, porosiliśmy o rachunek. Najwyższy rachunek całego wyjazdu. Czego my się spodziewaliśmy? Zapytaliśmy wegankę gdzie zjeść mięso?!? Wracamy do groty. Ostatni dzień to długi spacer wzdłuż Tybru i Watykan 2.0 … Mnogość ludzi oferujących nam ominięcie kolejki była niesamowita. Ostrzeżeni by im nie ufać, sprawdziliśmy jak wygląda sytuacja na własne oczy. No więc na te oczy, jakieś 5 godzin stania. Ok, to nie ma sensu. Nie z dzieckiem i Iloną ☺ Obejrzeliśmy dokładnie cały plac Świętego Piotra i w żółwim tempie potoczyliśmy wózek w stronę norki. Nagle!! W szoku! Dopada nas głód!! Wiemy, że zostało nam najwyżej 30 minut do zatrzymania funkcji życiowych najważniejszych organów ciała moich i Ilony! Pada decyzja, by historia zatoczyła krąg! Idziemy do pierwszej restauracji, w której stołowaliśmy się w Rzymie, gdzie znów spotykamy przesympatyczną Polkę. I gdzie znów postanawiam zrobić sobie na złość zamawiając nie tylko pastę, ale i sałatkę z kurczakiem… Ja chyba muszę się wybrać do specjalisty – to podchodzi pod masochizm. Objadam wszystkich po trochu z pizzy. Wznosimy toast za wspaniały wyjazd i wracamy do groty się spakować. Rano przyjeżdża umówiona wcześniej taksówka i wiezie nas na lotnisko. Ten przemiły starszy pan, który był naszym kierowcą nie umiał ni w ząb po angielsku, a i tak próbował nam wmówić, że należy mu się dopłata za bagaże. Jacek powtórzył kilka razy, że nie rozumie za co ta dopłata i ten zrezygnowany przyjął 30€ i machnął ręką. Oczywiście byliśmy solidnie przed czasem na lotnisku… Ale my się ze sobą nie nudzimy. Prócz tego Ilona miała kanapki, więc można było się z niej grupowo pośmiać, że ciągle żre 😀 Młody przespał cały lot… A tego co zastaliśmy w Polsce w postaci śniegu z deszczem, nawet nie chcę opisywać! Już niedługo Wenecja i Werona!! Czy macie jakieś specjalne miejsca warte zobaczenia? Jaki sposób zwiedzania preferujecie? Zaplanować czy iść na żywioł? Może chcecie nas przed czymś przestrzec w kontekście Wenecji? Zapraszamy do komentowania!

    

You Might Also Like

13 komentarzy

  • Reply
    Kinia
    22 kwietnia 2018 at 09:23

    Super wpis

  • Reply
    A :)
    21 kwietnia 2018 at 21:07

    Super wpis!
    Co do Wenecji miasto piękne, ma ten klimat. Ale ciężko zwiedza się z dzieckiem w wózku, ponieważ co kawałek są mosty przez które wózek trzeba przenosić.Jest jeszcze jeden minus, dużo ludzi, mosty i uliczki wąskie, ale mimo wszystko warto, bo oprócz tych małych wad tego miasta jest jeszcze więcej zalet. Pozdrawiam

  • Reply
    Ja
    21 kwietnia 2018 at 19:08

    Super wpis! Co do Wenecji, BARDZO WĄSKIE ULICZKI! I dodatkowo, często jest tam potop 😀 ale mimo wszystko, przepiękne miejsce 😉 Udanego wyjazdu!!!

  • Reply
    Ewelinka
    21 kwietnia 2018 at 18:20

    Jak ja uwielbiam waszego bloga i wszystkie wpisy ♥️ Pozdrawiam cieplutko z Opola

  • Reply
    Karolina
    21 kwietnia 2018 at 13:56

    Tekst wciągający i zabawny . Na prawdę bardzo przyjemnie się czytało 😉

  • Reply
    Sara
    21 kwietnia 2018 at 13:34

    Rewelacyjny wpis- taki naturalnie zabawny ❤️ Życzę Wam kolejnej pięknej przygody

  • Reply
    Weronika
    21 kwietnia 2018 at 10:56

    Coś pięknego ❤️❤️❤️❤️❤️

  • Reply
    Daria
    20 kwietnia 2018 at 23:15

    Mysmy tez nie trafili do ogrodu botanicznego. Jakies tajne wejscie czy co
    Co do Watykanu to aby sprawdzic ile sie stoi w kolejce to poszlismy na poczatek i zapytalismy ludzi ile juz stoja. 2 h sprawilo ze poszlismy do Pana oferujacego ominiecie kokejki (co Wam doradzalam). Panowie ci nie sa naciagaczami. Zaprowadzaja Was do biura, sklepu z pamiatkami zaraz kolo Watykanu i tam czekasz 15 min (wifi za darmo) przychodzi przewodnik i zabiera kilka turystow do wejscia. Koszt 15€od osoby.

  • Reply
    Agaa
    20 kwietnia 2018 at 22:55

    Super wpis, do czytania przy kapieli! Jacek na pewno ogarnie Wam plan zwiedzania Wenecji! Smacznych wyborów!

  • Reply
    M.
    20 kwietnia 2018 at 22:31

    Masochistka!!! Skad ja to znam zamawiam sałatki podczas gdy moj chlopak steka, pizze lub ogromny placek po cygańsku zawsze mu podrzeram…w zamian zostawiam mu troche sałatki no i w sumie obydwoje nie wychodzimy na tym najgorzej Wenecja to bardziej spontan, pewnie i tak sie zgubicie nie raz …mi najbardziej podobały sie gondole i Ci panowie nawołujący na podróż kanałami ” gondola…gondoli” no i pizze, wino, oliwa …pycha

  • Reply
    Ada
    20 kwietnia 2018 at 22:30

    Mega wpis, moje wspomnienia z Rzymu wróciły ❤️ Koniecznie poproszę o taki sam z Wenecji!!!

  • Reply
    Kasia
    20 kwietnia 2018 at 21:45

    Wenecja niestety nie takie piękne miejsce jak jest na obrazkach. Ja osobiście bardzo się zrazilam będąc tam 2 lata temu. Brud, syf..
    Oby się to zmieniło do tej pory. Proponuję wziąść chuste do noszenia, czasem wózek nie przejedzie w pewnych miejscach 😛

  • Reply
    Anonim
    20 kwietnia 2018 at 21:43

    Wpis wspaniały.. moim zdnaiem musicie pisać książki.. cudownie się czytało..i to jedzenie aż się głodna zrobiłam
    Zdjęcia są bardzo ładne..będzie mieć piękne wspomnienia.
    Wiem że już za chwilę podróż do Wenecji więc nie mogę sie doczekać pięknych zdjęcie i za jakiś czas wpisu na bloga .
    Pozdrawiam Was serdecznie Wiktoria

  • Leave a Reply